Czytelnia

« lista wpisów
BURASKI


  Atmosfera stawała się gęsta. Przypominała poranną mgłę, przez którą nie sposób przeniknąć wzrokiem a ma się wrażenie, że i słowa grzęzną gdzieś w otchłani. Chłodna, szara zasłona zdaje się dusić, wciskać do gardła, do uszu, a nawet oczu. Swą lepką dłonią głaszcze po twarzy, dotyka ramienia, by w końcu objąć nieszczęśnika w swym mglistym uścisku...
            Poczułem, jak po plecach przeszedł mi chłodny dreszcz, a niepokój zajrzał wprost do oczu. Patrzyłem na Artura, który robił dobrą minę do złej gry i ze spokojem holował kolejnego pięćdziesiątaka. Niewielki szczupaczek wywinął kilka koziołków przy burcie pontonu, po czym spadł z haka. Widziałem w oczach mojego kolegi, że jest zawiedziony. Zresztą ja też spodziewałem się czegoś innego. Już czwarty dzień pływamy po zagubionym wśród lasów szweckim jeziorze, ale nie możemy namierzyć celu naszej wyprawy - dużych ryb. Woda aż pachnie grubym szczupalem, jednak do naszych przynęt wyskakują same " pistolety ". Nawet z dziesięciometrowej głębiny wydłubaliśmy kilka ryb, które można uznać za szczupaczą młodzież.
 
            Siedząc wieczorem przy dużym stole, Artur dobrał się do moich pudełek z wędkarskimi skarbami. Mruczał coś pod nosem oglądając każdego woblerka, wzdychał z zachwytem wydłubując kolejną wirówkę i uśmiechał się sam do siebie. Po jakimś czasie otworzył kolejne pudełko, tym razem z gumami. Różnokolorowe cudeńka swymi barwami przyciągały jego wzrok jakby był małym dzieckiem. Tym razem ja się uśmiechnąłem pod nosem, bo wyglądał jakby zobaczył białe myszki biegające po dywanie. Rozbiegane oczęta, falujące nozdrza i wywalony do połowy jęzor udowadniały, że grzebanie w przynętach pochłonęło go całkowicie. Nagle jego palce dostały przyspieszenia i wyjmując jedną z gum spytał:
 
 - ty, a co ten buras taki pochlastany?
 
Spojrzałem no to co trzymał w ręku. Faktycznie, ogonek ciemnozielonego kopyta ledwo trzymał się korpusiku, który do połowy był rozerwany przez ołowianą główkę. Przynęta w tym stanie wyglądała conajmniej licho, żeby nie powiedzieć - nędznie. Zacząłem mu opowiadać, jak to dzięki temu " buraskowi " zeszłoroczny sezon na Wiśle mogę uznać za udany. Wspomniałem o
sandaczach spod burty, które olewając klasyczne kolorki z wsiekłością pruły w kopyta zielonobrązowe, powiedziałem o kolczastych rozbójnikach mieszkających w dołku za zwalonym drzewem, które również upodobały sobie tą przynętę. Na koniec uraczyłem go opowieścią o narwiańskich szczupakach, które nagminnie zżerały mi te gumy stając się niechcianym przyłowempodczas polowania na mętnookie. Słuchał z szeroko rozdziawioną paszczą, z której wystawał lekko nadgryziony, słony paluszek.
            Chyba jednocześnie wpadliśmy na ten pomysł. Skoro nasze krajowe drapieżniki z taką furią obżerają się gumą w tym kolorze, to szweckie szczupaki powinny tym bardziej się nią zajadać !!! Przecież każdy wie, że polskie szczupaki już od narybku są " tresowane " przez wędkarzy, przez co stają się bardziej ostrożne od swoich zagranicznych pobratymców. Artur z szelmowskim uśmiecham zacisnął dłoń i zobaczyłem jak moja ( !!! ) sprawdzona przynęta ląduje w jego ( !!! ) kieszeni.
 
            Kolejny dzień przywitaliśmy wypełnieni wielkimi nadziejami. Człapiąc po mokrej trawie w kierunku zaparkowanego w trzcinach pontonu, obserwowałem idącego przede mną kolegę, a dokładniej szczytówkę jego wędki, pod którą wesoło dyndało " bure " kopytko. Identyczna przynęta zagościła i na mojej wklejance, a " zapas " leżakował w jednaj z kieszeni kombinezonu.
 
            Ekran echosondy pokazywał piękny twardy stok, schodzący aż na osiem metrów. Wśród przybrzeżnej roślinności buszowała drobnica, więc gdzie zaparkuje zębaty rozbójnik? Właśnie - na stoku... Zanim Artur opuścił kotwicę na dno, ja już wykonałem pierwszy rzut. " Burasek " plumknął kilka metrów od trzcin, a ja czujny niczym ważka obserwowałem wchodzącą do wody plecionkę
- zupełnie niepotrzebnie. Grzmotnięcie poczułem aż w łokciu i niewiele brakowało, a straciłbym wędkę. Zacięcie było koślawe, jednak hak pewnie wbił się w rybią paszczękę. W odpowiedzi ryba natychmiast wybrała mi kilka metrów plecionki, po czym cętkowane cielsko wystrzeliło metr ponad powierzchnię wody. Drapieżnik nie powalał swoją wielkością, jadnak był sporo większy
od naszych poprzednich zdobyczy. Artur, widząc co się dzieje, dostał przyspieszenia. Szybko rzucił w to samo miejsce i już w drugim opadzie miał branie. Zamalował rybie w paszczękę chyba z całych sił, aż bujnęło naszym pływadłem. Teraz musieliśmy uważać, żeby walczące ryby nie splątały naszych zestawów. Mój szczupak okazał się trochę większy, więc przed uwolnieniem
oślepiliśmy go kilka razy fleszem aparatu. Tego dnia zaliczyliśmy po ponad dwadzieścia cętkowanych rozbójników na głowę. Wśród nich były spore, wyżarte ryby, co podniosło nasze wędkarskie morale. Pięknym przyłowem były też kilogramowe garbusy, które łykały " buraski " jak przysłowiowy makaron.
 
            Nazajutrz postanowiliśmy obłowić dużą zatokę, gdzie głębokość nie przekraczała siedmiu metrów, a od strony trzcin rozciągał się szeroki, stosunkowo płytki i zarośnięty blat. Woblery i błystki tym razem zostały w domu, bo nie było sensu zagracać pokładu naszego okrętu niepotrzebnymi drobiazgami. Oczywiście na pierwszy ogień poszły " buraski ".
            Po kilku godzinach i kilkunastu szczupakach średnich rozmiarów, posłałem gumę w kierunku niewielkiej, podwodnej górki. Gdy " burasek " opadał po stoku, poczułem lekkie puknięcie - na tyle krótkie, że nie zdążyłem nawet zaciąć. Przy kolejnym opuszczeniu przynęty, ryba przywaliła tak niespodzianie, że aż się przestraszyłem. Śmignąłem jej pomiędzy zębiska aż
miło, jednak sztywna wklejanka zatrzymała się w połowie drogi.
 - ki diabeł ? - pomyślałem. - Trafiłem w ścianę czy jak?
Zaczep po kilku sekundach przesunął się nieznacznie i już domyślałem się, co jest na drugim końcu zestawu - Ciężka Locha. Nie było szaleńczej ucieczki, jazdy na ogonie czy krótkich zrywów - ta ryba była spokojna, pewna swojej siły. Szła powolutku wielkim łukiem w kierunku pontonu, jakby zdziwiona tym ukłuciem w paszczękę. Podciągnąłem ją kilka metrów i wtedy ożyła...
Plecionka najpierw przecięła powierzchnię wody metr w lewo, a potem metr w prawo. Ugięły się pode mną nogi... Przecież to było tylko jedno machnięcie łbem !!! O szerokości dwóch metrów !!! Artur jak przystało na kolegę gładko przełknął babola zazdrości i zręcznie wyciągnął kotwicę. Ryba znów dała się podciągnąć kilka metrów i nagle JĄ zobaczyłem. Nie wiem kto był bardziej zdziwiony - ja czy ONA, w każdym bądź razie ja w tym momencie chyba narobiłem w majty. Naprawdę, zrobiło mi się gorąco w niektórych miejscach pod ubraniem. Stałem z kocią mordą jak zamurowany, porażony tym co zobaczyłem w wodzie. Patrzyliśmy przez chwilę na siebie - ja z wywalonymi ze zdziwienia gałami, a ONA z dziką furią zerkała wprost na mnie. Z szoku wyrwał mnie przeciągły gwizd hamulca w kołowrotku i szczere do bólu stwierdzenie Artura - " o kur.... !!! "
Starając się opanować drżenie rąk, pozwoliłem rybie na długi odjazd. Gdy się zatrzymała, delikatnie pompując przyciągałm ją do siebie. Po kilku powtórkach, zaczęła mi drętwieć ręka. Za żadne skarby świata nie oddałbym teraz tej wędki... Artur dreptał w miejscu za moimi plecami z nadzieją że się zmęczę, ale prędzej dałbym się utopić tej rybie, niż pozwolić komuś
przejąć wędzisko. Chłopak chyba zobaczył w mojej twarzy zaciekłość i wyjął aparat fotograficzny. Ciche trzaski migawki towarzyszyly mi podczas holu, który dobiegał ku końcowi. Ciężka Locha wylożyła się tuż obok burty i ruszając ciężko pokrywami skrzeli, zerkała złowrogo w moim kierunku. W tym momencie, narobiłem w majciochy po raz drugi... Kurcze, naprawdę miałem
stracha... Jak podebrać taką gadzinę, uzbrojoną w setki jeśli nie tysiące ostrych jak żyletki zębów? W karku za gruba - nie obejmę. Podbierak już nie zmieścił się na pokładzie... Wiedziałem że sporo ryzykuję, jednak wsunąłem Jej dłoń pod skrzela. Odrzuciłem wędkę i podtrzymując Ją za brzuch, wsadziłem do pontonu. Była zmęczona, bardzo zmęczona. Artur nie odłożył aparatu
fotograficznego nawet na sekundę i moja zdobycz szybko wróciła do wody. Na pożegnanie machnęła potężnym ogonem. Dopiero teraz zobaczyłem czerwoną stróżkę krwi na dłoni. Wskazujący palec poszarpany był nie mniej, niż " burasek " wyciągnięty przed momentem z krokodylej paszczy, jednak nie czułem bólu. Nie palę, a w tym momencie chyba bym to zrobił. Usiadłem na dnie pontonu i bezmyślnie wpatrywalem się w machającego wędką kolegę...
 
            Do końca pobytu nad tym urokliwym jeziorem nie starczyło nam " burasków ". Ostatniego dnia łowiliśmy już na inne kopyta - ważne było, aby jak najbardziej przypominały łowny kolorek. Ponad trzydzieści gumek skończyło swój żywot w paszczach szczupaków i okoni w ciągu dwóch dni !!! Fiolet, granat czy brąz też były skuteczne, jednak nasze " buraski " zostały killerami nie tylko na polskie wody. W odruchu beznadziei, po zbyt agresywnym ataku na gumę, łowiliśmy na same korpusy - z urwanym ogonkiem. I też brały !!! W końcu nawet okaleczone kadłubki zostały porozrywane na strzępy...
 
            Morały z powyższej opowieści można wysnuć dwa. Po pierwsze - podczas walki z piękną rybą nie wstydem jest nawalić w majty. Po drugie - nie wszystko złoto co się świeci. Czasem z pozoru nieciekawy kolorek okazuje się skuteczniejszy niż inne - piękniejsze. Pamiętajcie, że ryby nie czytają klasyków wędkarstwa i czasem mają inne zdanie niż my. A za moje " buraski "
dałbym się pokroić, bo jak się okazało - są najsmaczniejsze... ;-)
 
połamania